17 lat w perukach, turbanach i chustach — czego mnie nauczyła ta praca

Zdjęcie właścicielki

Nie pamiętam pierwszej klientki. Nie pamiętam pierwszego turbanu. Ale pamiętam tysiące rozmów, kilka pogrzebów, mnóstwo przytuleń i wiele momentów, w których nie umiałam odróżnić — czy to ja pomagam komuś, czy ktoś pomaga mnie.

17 lat. Trudno to sobie wyobrazić, kiedy patrzę wstecz.

Miałam plany. Chciałam iść na studia psychologiczne albo plastyczne. Widziałam siebie w miejscu, gdzie mogę realnie coś zrobić dla drugiego człowieka — jako terapeutka, albo w pomocy społecznej, w MOPS-ie.

„Do MOPS-u? Jesteś za słaba psychicznie. To Cię zniszczy” — tak mówili mi wtedy niektórzy. Chyba trochę się bali o mnie. A ja się nawet nie kłóciłam. Może mieli rację?

Ostatecznie poszłam na Nauki o Rodzinie — kierunek humanistyczny, zbliżony do tego o czym marzyłam. I to w trakcie tych studiów, w środku licencjatu, Urząd Pracy skierował mnie na staż do sklepu z perukami.

Byłam przerażona. Ja? Do sklepu internetowego? Do obsługi klienta?

Poszłam z ciężkim sercem. Nie chciałam iść. To nie było „moje”.

Ale poszłam.

I zostałam na 17 lat.

Śmieję się teraz z tego. Bo okazało się, że robię dokładnie to, o czym marzyłam — pomagam kobietom w najtrudniejszych momentach ich życia. Tylko drogą, której zupełnie się nie spodziewałam. Nie przez psychologię, nie przez MOPS. Przez turban.

A tamci co mówili że jestem za słaba? Chyba się mylili.

Pierwsze lata w e-commerce

Sklep, w którym zaczęłam pracować, jako jeden z nielicznych w Polsce sprzedawał peruki i nakrycia głowy przez Internet. Wtedy — kilkanaście lat temu — e-commerce dopiero raczkował.

Klientki były nieufne. „Jak mam kupić coś czego nie widzę?”, „A jak mi nie pasuje?”, „A czy w ogóle to dojdzie?”. Uczyłyśmy się z nimi razem — jak sprzedawać online, jak mierzyć obwód głowy przez telefon, jak opisać kolor tak, żeby wyobrażały sobie dokładnie ten odcień.

Byłam młoda i nie miałam pojęcia, że tworzy się właśnie coś, co za kilkanaście lat będzie oczywistością.

Czego się nauczyłam — od kobiet i o kobietach

Nie ma jednego momentu, o którym mogłabym powiedzieć: „tam się nauczyłam”. Wiedza przychodziła kropla po kropli. W rozmowach, spojrzeniach w lustrze. W milczeniu, kiedy nie było co powiedzieć.

Nauczyłam się, że w tej pracy najważniejsze nie są ani miary, ani kolory. Najważniejsza jest chwila. Ta jedna chwila, kiedy klientka spojrzy w lustro i zobaczy siebie — a nie swoją chorobę, nie swoje zmęczenie, nie to co przeżywa. Tylko siebie.

Uczyłam się słuchać. Naprawdę słuchać. Nie tego co ktoś mówi o kolorze i fasonie — tylko tego, co jest pod tymi słowami. Czasem trzeba było odłożyć turban i po prostu podać chusteczkę.

Były łzy, przytulenia. Były rozmowy przy kawie, które kończyły się zamiast kwadransa — po dwóch godzinach. Były klientki, które przez kilkanaście lat wracały co pół roku, a ja pamiętałam imiona ich mężów i wnuków.

Nauczyłam się też, czym jest prowadzenie własnej działalności. To ogromna odpowiedzialność — za siebie, za pracownię, za każdą klientkę, która na Ciebie liczy. Za jakość, za termin, za obietnicę. Za faktury, urzędy, papierkologię — o której jako studentka nie miałam pojęcia.

Prowadzenie firmy w Polsce to nie jest łatwy kawałek chleba. Ale nauczyło mnie dyscypliny i cierpliwości, o których wcześniej mogłam tylko marzyć.

Były też pogrzeby. Kilka. Za każdym razem tak samo trudne. Za każdym razem uczące mnie, jak krucha jest ta chwila, którą mamy z drugim człowiekiem.

Po każdej takiej stracie wracałam do sklepu i myślałam: „nic nie jest dane raz na zawsze”. To zdanie wpisało mi się w głowę. Do dziś powtarzam je klientkom, kiedy odkładają badania „na później”. Piersi, jajniki, wszystko. Idźcie. Bez odkładania.

A o sobie? O sobie dowiedziałam się, że jestem silniejsza niż myślałam. Umiem być z drugim człowiekiem w bardzo trudnych momentach — także wtedy, kiedy sama mam gorzej. Że umiem trzymać kogoś za rękę i nie odwracać wzroku.

Ta praca zmieniła mnie bardziej niż jakakolwiek inna zmieniłaby.

Co uwielbiam w tej pracy

Rozmowy. Osobiste i telefoniczne. Kobietę, która wchodzi do sklepu i mówi „chciałabym coś na siebie, ale nie wiem co”. Kobietę, która dzwoni i pyta „czy ten kolor będzie do mnie pasować?”.

Mój sklep zawsze łączył dwa światy — sprzedaż stacjonarną i internetową. Klientki mogły przyjść, przymierzyć, porozmawiać na żywo. Albo zamówić online z każdego zakątka Polski.

Dlatego tak bardzo bolało mnie zamknięcie sklepu stacjonarnego. Nie chodziło o biznes — internet dalej działał. Chodziło o to, że straciłam miejsce, w którym mogłam być z kobietami twarzą w twarz.

Ale są też inne rzeczy, które kocham.

Wyjazdy do Łodzi po materiały. Zawsze ten sam dreszczyk emocji — co dzisiaj znajdziemy? Co się nada na nową kolekcję? Jaki kolor będzie hitem sezonu?

Projektowanie nowych fasonów. Testowanie. Poprawianie. Godziny w pracowni, kiedy z jednego pomysłu rodzi się seria turbanów, które potem noszą kobiety w całej Polsce.

I moje stałe klientki. Te które są ze mną od 10, 15 lat. Wchodzą, siadamy, rozmawiamy o życiu. To już nie są klientki — to są znajome.

Co mnie nadal trzyma po 17 latach w turbanach

Wiem, że w tej pracy bywa różnie — nie zawsze wszystko idzie po myśli, nie zawsze klientka wychodzi zadowolona. Ale ja zawsze lubiłam ludzi.

Rozmowy. Historie. Sekundy, w których widzę, że komuś zrobiło się lżej.

Kiedy widzę uśmiech w lustrze. Kiedy dostaję wiadomość „Moniko, noszę Twój turban do dzisiaj”. Kiedy klientka wraca po latach i mówi „pamiętasz mnie?”.

Dla tego wracam. Dla tego wróciłam nawet po dwóch trudnych latach przerwy.

Studio Polanki to nie jest sklep. To ludzie, których poznałam. Historie, których byłam częścią. Turbany i chusty, które przypominają setkom kobiet, że wciąż są piękne — bez względu na to, co przeżywają.

Serdeczności,

Monika ze Studio Polanki

Tagged , , , ,
Napisz do nas!